sobota, 6 maja 2017

ZEGAR ZAGŁADY

"Zegar zagłady (ang. Doomsday Clock) – symboliczny zegar prowadzony od 1947 roku przez zarząd Bulletin of the Atomic Scientists na Uniwersytecie Chicagowskim. Pokazuje zawsze x minut do północy, gdzie „północ” oznacza zagładę ludzkości. Pierwotnie „zagłada” oznaczała zagrożenie wojną nuklearną, lecz koncepcja zegara ewoluowała tak, że w początkach XXI wieku zawierała też rodzaje broni nuklearnej, technologie zmieniające klimat i „nowe osiągnięcia w naukach biologicznych i nanotechnologii, które mogą spowodować nieodwracalne szkody”"



Ile tak naprawdę zostało nam czasu na zegarze zagłady? Kilka godzin? Minuty? Sekundy?
Wydaje mi się, że jesteśmy bliżej końca niż się to wydaje, tylko ludzie są zbyt ślepi, żeby to zauważyć.

Poniżej znajdziecie jeden z dokumentów, który może nie przemówi do wszystkich, ale po jego zobaczeniu już nie będziecie mogli powiedzieć, że nie wiedzieliście jak to się zaczęło.



TU link do polskiej wersji.

piątek, 17 lutego 2017

HASHIMOTO - WYROK

- Lepiej nie będzie. Musi się pani do tego przyzwyczaić. 



Tylko przyzwyczaić do czego? Do tego, że mam nieuleczalną chorobę i muszę brać leki do końca życia? Czy do tego, że całe moje życie zmieni się o 180 stopni. 
Do czego się można przyzwyczaić? Albo aż do czego?

W Polsce pojęcie "hashimoto" brzmi tyle azjatycko co lekarze zamykają w granicach tarczycy i tylko tarczycy. Nie daleko szukać podejścia jak w popularnych programach porannych:

http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/choroba-hashimoto,9312.html

Pomijam teksty typu: "Chorują na nią tylko kobiety", "Łatwa choroba do rozpoznania", "Łatwa do leczenia", "Całkowite wyleczenie przy suplementacji".
To zwykły, śniadaniowy program, który pomiędzy jakąś gwiazdą, a upieczeniem szarlotki wkleja temat o chorobie, która "brzmi egzotycznie" mamy lekarza, ROBIMY TEMAT! Na tym jednak mój nerw się nie kończy, bo w taki sam sposób ta choroba jest traktowana przez lekarzy. Potrafi być niewykryta przez wiele lat. Czujemy się coraz gorzej, zmieniamy się coraz bardziej, wyniki,  te podstawowe są w normie, więc po co robić inne? Teksty " wydaje się pani", "proszę zmienić dietę", "proszę zmienić pracę", a ja myślę tylko ile więcej bzdur będę mogła łykać?! Szkoda, że w całości nie zostawili na swojej stronie tego tematu, wypowiadała się tam jedna z hashimotek, która delikatnie mówiąc zjadła lekarza swoją wiedzą.

Jak u mnie wykryto hashi... od wielu lat choruję na porfirię, tyle w teorii bo na papierze jej nie mam, choroba jest trudna do zdiagnozowania i pewność, że " to to" ma się dopiero kiedy zrobi się odpowiednie badania podczas ataku. Takowego nie miałam od wielu lat bo - zaczęłam to leczyć sama. 
Nie ma nic gorszego niż szukanie swojej choroby w internecie, setki stron oferujące leki i "pewniaki", które cię wyleczą w tylko 30 dni! Tylko w 15, albo tylko 5. Więcej bzdur i sprzecznych informacji niż tych faktycznie przydatnych. Człowiek musi usiąść i niczym student medycyny przeglądać kolejne prace naukowe chcąc dojść do źródła, czym jest moja choroba? Jak ją leczyć? Czy to autoimmunologiczne czy nie? Pytań więcej niż odpowiedzi, a organizm coraz słabszy, coraz gorszy. Zaczynają cię drażnić znajomi i rodzina i te słowa "jakoś to będzie", "dziecko powinnaś sobie zrobić to przestaniesz myśleć o sobie" (autentyk) i wiele innych.

Z porfirią trzymamy sztamę, ona mi nie bruździ to i ja jej nie tykam. Jest wiele różnych odmian porfirii, moja to wątrobowa. Mam problem z przyswajaniem i "trawieniem" żelaza, tak to łopatologicznie mogę wyjaśnić. Po wynikach, gdzie przekraczałam górną normę żelaza 3 lub i 4 krotnie zadziałałam równie prosto - koniec z produktami z żelazem. Odpadły ziemniaki, mięso, i wiele, wiele więcej jak np produkty zawierające wit C bo pomaga w przyswajaniu żelaza przeproszenie się z zieloną herbatą, która wypita do 2 godzin po posiłku blokuje żelazo w 60% (niektóre badania podają, że nawet w 90%) i wiele więcej. Kilka lat trwało zanim ograniczyłam mięso zupełnie, ale ustały męczące bóle brzucha, wizyty na pogotowiu... czułam się lepiej.

A potem coś pękło. Mój organizm przestał się stawiać chorobie i zaczęłam robić nowe badania, panikując, że nie jedząc mięsa mogę nie dostawać jakichś witamin czy innych mikroelementów. Nic bardziej mylnego. Wyniki w normie, białka nieco do góry i TSH "w normie", tylko, że ta norma ma być niedługo zmieniona bo obecnie kiedy nawet ktoś ma "normę" to już może mieć duże kłopoty.
Nauczona porfirią i tym, że lekarze niechętni są nowym chorobom, a już na pewno nie wystawianiu skierowań na jakiekolwiek badania udało mi się wyprosić od mojej (byłej już) pani doktor skierowanie na USG tarczycy. Choroby tarczycy u mnie w rodzinie to norma, a obraz USG potrafi wykluczyć większość chorób... Czekałam na badanie pół roku. W tym czasie straciłam połowę włosów, moja skóra stała się jeszcze bardziej sucha (wcześniej zwalałam to na porfirię, teraz już nie tak bardzo), tyłam choć nie było od czego i uczulałam na coraz to nowe produkty. Cierpiałam kiedy musiałam odstawić produkty mleczne ze względu na laktozę. Byłam wtedy full time wegetarianką i produkty mleczne uzupełniały mi w większości dietę. Nie szukałam niczego w sieci, nie chciałam się pogrążać w fałszywych diagnozach i dopasowywaniu swoich objawów do chorób.

Przyszło badanie i diagnoza - Hashimoto w zaawansowanym stadium. Moja tarczyca - ser szwajcarski, zjedzona przez mój własny organizm. Załamanie.

Nie mogłam jeść wcześniej ponad połowy tego co normalny człowiek, hashimoto ogranicza takie produkty, które pomagały przy porfirii, a chce takich, które porfirię mi zaostrzą, najlepiej będzie zostać przy wodzie!

Kilkumiesięczna depresja i czekanie na wizytę u endokrynolog, która jest też specjalistką chorób wewnętrznych więc fingers crossed, że pomoże i z porfirią. 
Zaczęłam od letroks 25 - hormonu tarczycy i zaleceniu, żeby zrobić badania na alergie pokarmowe.
Po wizycie było trochę... lepiej. Psychicznie lepiej. Dostałam hormon, po kilku tygodniach powinien działać, powinno być lepiej. Zebrałam się w sobie i zaczęłam przeglądać sieć.
W ten sposób trafiłam na "hashimoto - grupa wsparcia" i "hashiploty" obydwie grupy z FB. 
Setki stron, co jedna to mądrzejsza, każdy ma swój sposób, lekarze odsyłają cię od alergologów do endo do psychiatry, a ty kroczysz dalej po omacku szukając czegoś co uspokoi ciebie, twoje ciało i umysł.
Te dwie grupy dały mi pewność, że każdy przechodzi hashimoto zupełnie inaczej. Zupełnie inaczej cierpi, raz bardziej, a raz mniej widocznie. Czasami ogranicza się do cierpienia we własnej głowie, czasami w obrębie domu lub kręgu znajomych.

Przy pierwszej wizycie u endo usłyszałam, że "lepiej nie będzie" i nie wiem czy jest lepiej, czy oszukuje się, że jest lepiej? Czy może po prostu oswajam się z chorobą, a ona ze mną? 

Dalej więcej pytań jak odpowiedzi. 

Dalej jestem zmęczona - wszystkim. Jestem na zmianę cholernie smutna, albo cholernie wściekła. I jeszcze lęki, lęki, że porfiria się odezwie, że znowu będę cierpieć, a lekarze będą to mieli w dupie, że dojdą kolejne choroby ( a hashi lubi nowe choroby autoimmunologiczne, oj lubi), lęk, że się nie obudzę, a potrafię spać i po 15-18 godzin, lęk, że umrę...

Minęło 8 miesięcy od diagnozy. Biorę leki od 4, jak jest teraz?

Czasami czuje się jak babcia. Noszę ze sobą pudełka z lekami, których w ciągu dnia biorę całą garść. Uważam na to co jem, ale już nie tak sterylnie jak kiedyś. Jem ryby i owoce morza przynajmniej raz w tygodniu. Śledzę nowinki ze świata hashi, nowe prace naukowe, które próbują rozgryźć skąd się bierze ta choroba? Jak ją zwalczać? Itp itd, ale jestem już - spokojniejsza. Pogodzona z tym, że jestem chora i nic tego nie zmieni. Mogę jedynie ułatwić sobie życie łykając suplementy i nie wpadać w paranoję kiedy nie mogę sobie przypomnieć nr klienta do konta, lub tego, że stoję z pustym koszykiem do kasy zamiast po prostu wyjść ze sklepu... Czasami mówię to nie ja/ nie moja wina to hashi i potrafię się śmiać ze zdarzenia. Czasami.

Uważam, że pierwszym krokiem na poradzenie sobie z hashi to pogodzenie się z tą chorobą. I powolne budowanie współpracy ze swoim ciałem, żeby odnaleźć w nim spokój. Wtedy odchodzą lęki, zaćma umysłowa tak wdzięcznie pomijana przez lekarzy przy hashi, odchodzi zapominanie ( przynajmniej trochę ^ ^ ) i może z czasem wróci chęć do... życia.

Dzisiaj mam gorszy dzień, ale jest jeden plus ostatnich miesięcy. Nie zamykam już tego w sobie. Nie zamykam w czterech ścianach. Potrafię usiąść i napisać pierwszy wpis od kilku miesięcy i nie ukrywać, tego, że jest gorzej i różnica jest taka, że jutro wstanę i będzie zupełnie nowy dzień. Kolejny dzień cichej walki, ale będzie lepszy, każdy kolejny jest lepszy, bo mam wsparcie tak wielu ludzi, że o więcej nie śmiem prosić, bo wiem, że i ja jestem wsparciem dla kogoś i to mi daje siłę, żeby wstać z łóżka i zmusić się do "chciecia".

Minęło 8 miesięcy. Zmieniłam pracę, za kilka miesięcy zmieniam miejsce zamieszkania, a nawet i miasto. I przyjmuję te zmiany z otwartymi ramionami. 

Czuję, że moje szanse w walce z hashi się powoli wyrównują, ona działa i ja też. Ale już nie wierzę w słowa mojej endo " lepiej już nie będzie". Będzie, tylko trzeba tego chcieć.

Z pozdrowieniami dla wszystkich hashimotek z fb :*




sobota, 5 listopada 2016

ZBIÓRKA NA LISI DOMEK

Ze strony wspieram.to


Zbieramy na domek dla naszych lisków!



Liski, które uratowaliśmy, potrzebują nowego domu, a my go im zbudujemy! Ferdynand i Cyryl zamieszkają w Starym Zoo w Poznaniu pod okiem specjalistów. Zoo podjęło się remontu wybiegu, ale poprosiło nas o pomoc w postawieniu domku dla naszych podopiecznych.

Lisy całe swoje życie spędziły w ciasnych, drucianych klatkach. Były chore i pozbawione opieki, dlatego tak ważne jest, aby dać im nowy i bezpieczny dom, w którym nikt ich nie skrzywdzi. Chcemy, by nasze lisy były symbolem tego, jak okrutny i zwyrodniały jest przemysł, który zabija zwierzęta tylko dlatego, że mają futra.

Pomóż nam postawić domek dla lisów - wesprzyj zbiórkę dowolną kwotą i udostępnij tę informację wśród rodziny i znajomych.

Poznaj Ferdynanda



Ferdynanda uratowaliśmy, gdy był jeszcze szczeniakiem. Mimo tego miał zostać obdarty ze skóry dla swojego futra. Był w tragicznym stanie i wymagał natychmiastowej opieki. Udało nam się go odebrać oraz wyleczyć. Teraz uczy się czym jest wybieg, zabawa i dobre jedzenie.

Poznaj Cyryla



Cyryla znaleźliśmy z otwartym złamaniem łapy. Nikomu na fermie nie przeszkadzał fakt, że lis jest ciężko okaleczony i wyraźnie cierpi. Zabraliśmy go tak szybko, jak tylko mogliśmy i przewieźliśmy do weterynarza. Niestety nie udało się uratować mu łapki. Musiała zostać amputowana. Cyryl już dochodzi do siebie. Przeżył koszmar i dlatego musimy mu dać spokojny i bezpieczny dom.

Na co potrzebujemy środków?



Za pieniądze ze zbiórki chcemy kupić domek dla lisów i postawić go jak najszybciej - zanim zaczną się zimowe mrozy. Zoo przygotowuje nowy wybieg, a my szukamy najlepszych domków. Oprócz tego, chcemy zamontować w zoo tablicę opisującą historię naszych podopiecznych, aby każda osoba mogła się dowiedzieć, jak okrutne jest hodowanie i zabijanie zwierząt na futro.

Mamy nadzieję, że dzięki temu Ferdynand i Cyryl przyczynią się do zakazania tego okrucieństwa w Polsce.

Liczymy, że koszt domku, remontu oraz tablicy z historią naszych bohaterów powinien się zamknąć w kwocie, którą zbieramy. Pieniądze, które zostaną z budowy i remontu domku zamierzamy przeznaczyć na wsparcie ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt w Jelonkach, gdzie przebywa uratowany przez nas lis - Włóczykij.

Co chcemy osiągnąć?



Najważniejszym celem zbiórki jest zbudowanie nowego, ciepłego domku dla naszych lisków.Ferdynand i Cyryl to lisy, które miały szczęście w nieszczęściu. Przez to, że były chore, udało nam się je odebrać. Co roku miliony zwierząt zostają zabite tylko dlatego, że mają futro, które ktoś chce sprzedać. Tą zbiórką chcemy pokazać, że musimy w Polsce zaprzestać hodowania zwierząt na futro. Zależy nam też, aby ta akcja miała walor edukacyjny - stąd pomysł na tablicę z historią lisów.

Chcesz pomóc liskom?



Bardzo zależy nam na Twoim wsparciu. To ludzie zgotowali Ferdynandowi i Cyrylowi taki los. Po tym co przeszły musimy wspólnie zapewnić im bezpieczeństwo i komfort. 

Wpłać dowolną kwotę na zbiórkę i udostępnij ją wśród rodziny i znajomych. Każda złotówka ma znaczenie!

Dziękujemy za pomoc! W imieniu swoim oraz Ferdynanda i Cyryla. :)

O autorze / Zespół

Stowarzyszenie Otwarte Klatki jest ogólnopolską organizacją zrzeszającą osoby, które chcą zmienić los zwierząt hodowlanych. Wierzymy, że zmiana sytuacji zwierząt jest możliwa i podejmujemy działania, które przybliżają nas do tego celu.

Zabiegamy o lepszą ochronę zwierząt zamykanych na fermach, a także o prawo konsumentów do pełnej wiedzy na temat warunków, w jakich żyją zwierzęta.



Resztę informacji znajdziecie na: https://wspieram.to/lisi-domek

CZY JEDZENIE EKOLOGICZNE I "BIO" JEST ZDROWE?

W ostatnim czasie panuje prawdziwy wysyp jedzenia ekologicznego na sklepowych półkach. Nic w tym dziwnego, świadomość konsumenta dotycząca jedzenia idzie z duchem czasu i nawet jak nie dla zdrowia to po jedzenie ekologiczne sięgnie bo jest to zwyczajnie "w modzie". 
Większe i mniejsze sieciówki podchwyciły ten nurt i poza jedną czy dwiema półkami ze "zdrową żywnością" mamy też ekologiczne warzywa, owoce, działy dla bezglutenowców, bezlaktozowców itp itd. 
Czy jednak na pewno to co się tam znajduje jest dla nas zdrowsze aniżeli dużo tańsze odpowiedniki na reszcie sklepu bez metki "eco"?

CO ZNACZY "EKO"?

Ekologiczne metody produkcji żywności mają zapewniać ochronę zdrowia społeczeństwa i środowiska i stanowić system zrównoważony pod względem: 
  • ekologicznym – nie obciąża środowiska w stopniu większym niż naturalne ekosystemy; 
  • ekonomicznym – jest w dużym stopniu niezależny od nakładów zewnętrznych; 
  • społecznym – umożliwia zachowanie oraz rozwój wsi i rolnictwa. 
Producenci i przetwórcy żywności ekologicznej mają obowiązek oznaczenia swoich produktów certyfikatami. W Polsce na koniec 2008 stosowane są certyfikaty 11 firm, między innymi: Agrobiotest, Bioeksperta, Biocert, Ekogwarancja PTRE, Cobico, PCBC i PNG.
Tyle idąc za wikipedią. Potocznie określenie "żywności ekologicznej" często bywa używane zamiennie ze "zdrowa żywność". Mimo podobnego wydźwięku to tylko ta pierwsza jest żywnością certyfikowaną.


W Unii Europejskiej obowiązuje logo (tzw. euroliść), którym oznacza się żywność pochodzącą z produkcji ekologicznej z nr certyfikatu i to odróżnia ją na sklepowych półkach.

Jedzenie eko to nie tylko brak chemii, ale również gwarancja, że nasiona nie są modyfikowane genetycznie. Także to, że cały proces produkcji, przetworzenia, aż do gotowego produktu jest dokładnie badany i przechodzi kontrole przynajmniej raz do roku. Nie dotyczy to tylko zbierania próbek gleby, nasion czy jedzenia, ale także jest sprawdzane, czy osoby, które pracują w danym gospodarstwie nie są wykorzystywane i pracują w odpowiednich warunkach. 
Jak widać wszystko to jest czasochłonne i angażuje bardzo wiele osób, czy jednak jest to wystarczający powód dla którego jedzenie ekologiczne jest tak drogie? Wydaje mi się, że nie do końca. Nie będę jednak sama się nad tym rozwodzić bo znajdziecie świetny tekst o "drogości" tych produktów TU.

Jedzenie ekologiczne w Polsce dalej raczkuje i więcej na sklepowych półkach zagranicznych koncernów, ale dobre jest to, że te zmiany idą, nie dajcie się tylko nabrać na żywność "zdrową".

CO ZNACZY "ZDROWE"?

"Zdrowa żywność" jest w zasadzie tylko nazwą stworzoną dla celów marketingowych i nie narzucająca żadnych określonych standardów. 
To ważne, szczególnie teraz kiedy w Polsce jest boom na zdrowe odżywianie się. Sposobów oszukania klienta dla wzbogacenia się jest cała masa, ale to ostatnio działa najlepiej. 
Etykieta "Dżem Babci Halinki" już na nikim nie robi wrażenia, bo czytając etykietę zastanawiamy się kiedy Babcia Halinka robiła fakultet z chemii, tak samo jest z jajkami od "szczęśliwej kurki" pamiętacie te reklamy?


Uśmiechnięta babulinka, która trzyma ładną kurkę, która uśmiecha się po kurzemu. "Bez GMO", "wbrew naturze" i "ja bym tego kurkom nie dała". Ciekawie wygląda farma tej pani ^ ^


Wolne od GMO? Bzdura. Od szczęśliwej kury? Jak wyżej. Sprawa skończyła się w sądzie i chociaż "eksperci", którzy się wypowiadali o tym, że pasza modyfikowana w żołądkach kur ulega rozpadowi i nie ma w tym nic niezdrowego (SERIO?) to jaja kur wszystkich producentów są wolne od GMO... Zero komentarza. Nie będę się wypowiadać też teraz na temat jaj trójek czy dwójek bo to już było przy okazji Jak one to znoszą? , ALE mimo wszystko ludzie są już tak obcykani z tą manipulacją, że te zdrowe kurki i dżemiki i inne nie robią już takiego wrażenia. Inaczej ma się to do jedzenia "zdrowego".

Wystarczy spojrzeć na etykiety produktów, żeby określić jakość produktu. Nawet nie chodzi już o ten ekolistek czy inne eko oznaczenia, ale po prostu sam skład. Ile ma w sobie E jakichś tam, ile konserwantów, w co drugim produkcie mamy też soję modyfikowaną, same pyszności ^ ^. Na etykiecie z przodu będzie "bo zdrowe", "twoje dzieci to pokochają", a z tyłu będzie cała tablica Mendelejewa....
Jak sobie radzić z tym na początku? Zacznijcie czytać etykiety i uzbrójcie się w książkę Julity Bator:

"Na początku trzeba chcieć! Bo co to znaczy tak naprawdę zdrowo się odżywiać? Przede wszystkim pozbyć się z jadłospisu rzeczy w postaci chemicznych dodatków, które są szkodliwe dla zdrowia. Wszystkie takie „dodatki” znajdziemy w batonach, słodzikach, wzmacniaczach smaku, aromatach, a nawet w zwykłych płatkach śniadaniowych. Jeśli zjemy jedną taką rzecz to organizm potrafi sobie z tym poradzić. Ale co się stanie, gdy zjemy kilkanaście takich rzeczy? Otóż niszczą zdrowie bezpowrotnie! Są przyczyną alergii, niestrawności, złego samopoczucia, a niektórzy nawet twierdzą, że być może także zespołu ADHD. Autorka w swojej książce stara się ustrzec czytelników przed złym odżywianiem i podpowiada co jeść, aby unikać chemii."
GDZIE NIE GRZEBAĆ PSA

Podsumowując to wszystko, bo dużo wątków się pojawiło dzisiaj, uważajcie na to co jecie, nie dajcie się zwabiać na zdrową żywność bo to tylko etykietka, za którą płacicie dużo, dużo więcej. Jedzenie ekologiczne jest certyfikowane i sprawdzane. Czy na 100% jest takie wspaniałe... tu też pojawiają się różne głosy.
ALE
Nie dajmy się zwariować. Kupujmy żywność z naszej okolicy. Od sprawdzonych dostawców, z małych firm. Ekologiczne? Jak najbardziej, tylko sprawdzajmy etykiety i tego nie certyfikowanego produktu. Nie jeden będzie równie dobry, albo z ograniczoną ilością chemii. Taką z którą można pożyć. 

Jedzenie super zdrowej i ekologicznej żywności będzie tylko możliwe jeśli wyhodujemy ją sami i na swoich warunkach. Dążenie do ekologii i ograniczenia chemii jest wspaniałą ideą, dlatego będę zachęcać do kupowania żywności ekologicznej. Jeśli przestaniemy napychać kieszenie pieniędzmi koncernom jak np. Monsanto, wtedy wygramy! 

Na koniec polecam wam ten filmik ;)

sobota, 15 października 2016

NASZA HISTORIA

Mało jest rzeczy ostatnio, które mnie poruszają do działania. Choroba dobija każdą jasną myśl, a pora roku wcale nie nastraja optymistycznie. Jednak ten film, te kilka minut uświadamiają mi, że mogę być chora i umartwiać się nad sobą i siedzieć w domu i ... niczego to nie zmieni.
Podpisuje się obiema łapkami pod jego przekazem, to jest źródło, dosłownie kwintesencja tego co chcę wszystkim przekazać swoim pisaniem tu i na forach. Właśnie to musimy zmienić, myślenie o sobie, myślenie o świecie, myślenie o teraźniejszości bez zrzucania wszystkiego na barki pokoleń, które się jeszcze nie narodziły.
Zobaczcie jeśli macie odwagę coś zmienić. Tak. To miało zabrzmieć jak wyzwanie >)


poniedziałek, 20 czerwca 2016

YOGA CHALLENGE! Tydzień 4 - GÓRA

Czas na tydzień 4 wyzwania! Po tygodniu pierwszym z równowagą i drugim skupiającym się na nogach, trzecim z plecami przechodzimy do kolejnego etapu, jakim jest wzmacnianie górnych partii ciała.

Podsumowując zestaw na ten tydzień, wygląda teraz tak:
  • powitanie słońca
  • "balans" - tydzień 1
  • "nogi" - tydzień 2
  • "plecy" - tydzień 3
  • "góra"...


Powodzenia! 


niedziela, 12 czerwca 2016

YOGA CHALLENGE! Tydzień 3 - PLECY

Ok, czas na tydzień 3 wyzwania! Po tygodniu pierwszym z równowagą i drugim skupiającym się na nogach, przechodzimy do źródła... "jądra" naszego ciała.


O ile pierwsze ćwiczenia były dość łatwe i pozwoliły nieco rozciągnąć ciało, o tyle nowe pozycje są już z wyższej półki. Pamiętam, jak wykonywałam je za pierwszym razem... ledwo przeżyłam 1 serię xD.
Mam nadzieję, że tym razem będzie łatwiej i że wy też się nie poddajecie i sumiennie, codziennie ćwiczycie ;)
Podsumowując zestaw na ten tydzień, wygląda teraz tak:
  • powitanie słońca
  • "balans" - tydzień 1
  • "nogi" - tydzień 2
  • "plecy"
Powodzenia! To już połowa drogi!