poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Ziarnko do ziarnka i mamy kosz ziółek ^ ^

Praca już mi tak nie doskwiera więc, w końcu mam trochę czasu, żeby usiąść, pokontemplować dzień i wolny czas :) Przy okazji powrotu wiosny chciałam zasadzić jak co roku "jakieś" roślinki i je sobie pohodować. 
Sztuka to nie trudna, ale oczywiście nie byłabym sobą, gdyby nie wkradło się drobne "eko" do tego przedsięwzięcia, a i filmy, które oglądałam dały mi dużo do myślenia na temat tego co chcę posadzić. 

Typ mój jest dwojaki, chcę, żeby rośliny były użytkowe, ale niekoniecznie warzywne (postawiłam na zioła), a i takie, które pomogą pszczołom i innym robaczkom w otrzymaniu niezbędnego pożywienia. Z racji tego, że mieszkam w dogodnym miejscu, nie przejmuje się ruchem ulicy czy spalinami, ale jeśli chcecie zasadzić u siebie jakieś rośliny to polecam film Cohabitatu, który umieściłam na końcu wpisu, dostarczy wam niezbędnych informacji na temat uprawy balkonowej jak i parapetowej ;)


Od czego zacząć? Ja zaczęłam od zbierania wytłaczanek po jajkach i samych skorupek (oczywiście jajka jedynki i zerówki :P ). Nie zbierałam ich specjalnie na wysiewnik, po prostu szkoda mi było je wyrzucać, nie jestem zwolenniczką tworzenia śmieci ze śmieci typu - zrobię sobie stroik z wytłaczanki po jajkach :P, ale rzeczy przydatnych, co zrobić z resztą tektury pokażę przy następnej okazji, natomiast do tego projektu sprawdziły się fenomenalnie! 


Duży plus za wysokość tektury, rośliny nie dotykały folii, a kolejny plus jest taki, że nie musieliśmy kupować drogich wysiewników z plastiku.


Wystarczy odciąć niepotrzebne elementy, których nie wyrzucamy, a zostawiamy sobie część z wybrzuszeniami, która będzie naszą podziałką. 

Same skorupki zmieliłam w moździerzu na mniejsze wióry. Dlaczego skorupki? Bardzo dobre pytanie. Skorupki są niezastąpionym źródłem wapnia, który z powodzeniem możemy wykorzystać jak nawóz do naszych roślin. Możemy je wcześniej sparzyć wrzątkiem i ususzyć, wtedy zmielić, albo upiec w piekarniku i zmielić. Obydwie metody sprawdzają się podobnie. Z zastosowaniem jest już różnie. Można je zwyczajnie posypać na końcu na glebę, co przy okazji odstraszy ślimaki i większe insekty, albo posypać "między glebę", tak jak na zdjęciach poniżej, w ten sposób z każdym podlewaniem uwalniają stopniowo swoje dobroczynne substancje. Jest też opcja ze stworzeniem roztworu w płynie, ale sporo z tym zachodu i nie polecam tej metody bo ile składników wlejecie do gleby może być za dużo, albo za mało, a poza tym trzeba taką mieszankę wykorzystać na raz bo potem potwornie cuchnie. Za dużo wapnia też glebie nie służy, ale młode siejki potrzebują dobrego startu, dlatego na sam początek sprawdzi się to dobrze, tym bardziej w przypadku użycie zwykłej ziemi, bez dodatków.

W tym roku skupiłam się na samych ziołach i mam: miętę pieprzową (2 letnia roślinka, efekty większe dopiero w przyszłym roku), tymianek, szałwię lekarską (i to dużo szałwii bo wykiełkowało mi każde nasionko), bazylia pospolita, lawenda i melisa. Razem 6 roślin z czego jeszcze będę kupować sadzonki z cytryną, awokado mi już kiełkuje i znowu planuje rośliny owadożerne, ale na to jeszcze przyjdzie czas, na razie nasionka są najważniejsze ^ ^.


 Do każdej wytłaczanki wsypywałam część ziemi, następnie odrobinę skorupek i znowu tyle samo ziemi, a na końcu nasiona. W przypadku np. szałwii, gdzie jest ich kilka i roślina potrzebuje miejsca na rozrost umieszczałam je centralnie. Natomiast inne ziarna starałam się wrzucać równomiernie, ale już nie liczyłam każdego osobno bo mogło być ich i setka w woreczku ;P Tu ważna uwaga - podlewamy glebę przed wsadzeniem nasion! To dość istotna uwaga, która często umyka w innych poradnikach. Nasionka zanim wykiełkują i się nieco ukorzenią będą pływać jak je rzucimy na glebę, a dopiero później zalejemy wodą. Kiedy ziemia będzie wilgotna, zostaną już na właściwym miejscu. Tak samo przez następne dni, podlewamy je delikatnie co by nie wzruszać tak powierzchni i roślinki miały jak się rozwijać.

Kiedy już wszystko jest na miejscu umieszczamy wytłaczankę z zawartością w woreczku śniadaniowym i zawiązujemy wejście.
Ważne aby zrobić dziurki na górze worka, aby była cyrkulacja powietrza i roślina po wykiełkowaniu na spleśniała. I tu nie ma dobrej metody bo każda roślina kiełkuje w różnym tempie i lubi mniejszą lub większą "parówkę".
Dzięki temu odkryłam, że tymianek nie lubi sauny i zaczął mi zarastać białym nalotem już drugiego dnia, przez to połowę tymianku straciłam.  Jak tylko zioła wykiełkowały, trzymałam już woreczki otwarte, ale nie ściągałam ich dalej. Mimo wszystko sadziłam je dość wcześnie i nawet w domu miałam średnią temperaturę, pod folią było im na pewno cieplej, a druga sprawa jest taka, że wytłaczanki choć trzymają wilgoć całkiem nieźle, to zdarza się, że przepuszczą wodę na wylot. Woreczek u mnie sprawdził się w stu procentach. Po tygodniu rośliny były już dość duże, aby otworzyć je nieco na świat. W zeszłym tygodniu kiedy termometry oszalały łyknęły już pierwszego słońca, a po dwóch tygodniach wyglądają tak:


Nieszczęsny tymianek
Meliska

Szałwia

Lawenda


Mięta nie robi jeszcze dużego wrażenia, ale to roślinka dwuletnia, ma słaby wzrost na początku. Część roślin już przeniosłam do większych pojemników, ale to pokażę w kolejnej części. Na razie obiecany odcinek Cohabitatu i powodzenia w waszych uprawach! Babranie się w ziemi sprawia nie lada frajdę, a własnoręcznie wyhodowane rośliny z ziarenka są bezcenne ;)


Brak komentarzy: